Pomaganie to stawanie się lepszym

Dariusz Marciniak, darek.m@ihz.pl

 

Ojciec dr Filip Leszek Buczyński, założyciel i prezes Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia mówi o tym, jak lubelski biznes włącza się we wspieranie osób chorych i potrzebujących.

 

Czy lubelscy przedsiębiorcy angażują się w inicjatywy służące pomocy innym?

Rzeczywiście, z perspektywy prowadzącego dziecięce hospicjum, obserwuję od pewnego czasu zainteresowanie wsparciem naszej organizacji. Może to zabrzmi zabawnie, ale zaczęło się to od… balów karnawałowych. Zaproszono nas tam w roli beneficjenta aukcji charytatywnych. To był dla mnie sygnał, że w świadomości społecznej dokonał się głęboki przełom: z własnej, nieprzymuszonej woli chcemy wspierać potrzebujących. Symptomatyczne, że taka właśnie inicjatywa wyszła od organizatorów wszelkiej maści balów. Przecież świętowanie to nic złego – jest czas ciężkiej pracy, i czas bawienia się. Jeśli przy tej okazji można jednocześnie komuś pomoc, to trzeba przyklasnąć takiemu pomysłowi. Wiadomo, że na takich balach bawi się śmietanka towarzyska, przedsiębiorcy, biznesmeni, jednym słowem ludzie, którym się powiodło, i moja tam obecność jest dobrym pretekstem do tego, by między jednym tańcem a drugim sięgnąć do portfela, wziąć udział w aukcji czy wrzucić parę groszy do puszki. To się idealnie sprzęga. Na działalność Lubelskiego Hospicjum dla Dzieci im. Małego Księcia potrzebujemy rocznie 6 mln zł. Taka suma pozwala nam wyjść „na zero”. Dofinansowanie z NFZ to połowa tej kwoty, o resztę musimy zawalczyć sami, choćby w taki właśnie, wspomniany przeze mnie, sposób.

To są jednorazowe sytuacje czy element długoterminowej współpracy?

Cieszy mnie, że nie są to tzw. wyskoki, polegające na tym, że w ramach kształtowania wizerunku należy się raz zaprezentować i mieć to już za sobą. Tymczasem na żywym przykładzie naszego Hospicjum obserwuję, że to wsparcie może przerodzić się w dłuższą współpracę, w integrację środowiska, ba, może być nawet zaczątkiem przyjaźni. Od Lubelskiego Forum Pracodawców regularnie otrzymujemy zaproszenia, a wraz z nimi listę podmiotów, do których zawsze mogę zwrócić się o pomoc. Jeśli któryś z moich podopiecznych potrzebuje jakiegoś konkretnego produktu, artykułu, czy skorzystania z jakiejś usługi, a któraś z firm zrzeszonych w LPP akurat to oferuje, to dzwonię do niej, bo wiem, że mogę na nich liczyć. Niedawno mieliśmy sytuację, że dla jednej z rodzin potrzebowaliśmy stołu, kilku krzeseł… Od jednej z hurtowni meblowych dostaliśmy zielone światło, żeby przyjechać, wybrać to, co jest potrzebne. Wszystko odbyło się bezproblemowo.

Czyli nie tylko środki finansowe otrzymujecie od firm w ramach pomocy?

Oczywiście, że nie. Chcę zaznaczyć, że te darowizny materialne mają niekiedy i kilkutysięczną wartość, ale są i takie, które trudno wycenić. Jednym z członków zarządu naszego stowarzyszenia jest Grzegorz Dębiec, właściciel Olimpu, który w razie potrzeby uruchamia swoje zasoby, czy to osobowe, czy organizacyjne, i jeśli potrzebujemy samochodu do przewiezienia jakichś towarów, to dostajemy auto wraz z kierowcą. Specjaliści przez niego zatrudnieni nieraz wykonywali dla nas usługi w ramach swoich kompetencji. O takim łańcuchu ludzi dobrej woli mogłem kiedyś tylko pomarzyć, a teraz to się ziszcza. Jesteśmy w pierwszym rzędzie przy pacjencie, przy dziecku, natomiast cały czas mamy za swoimi plecami osoby, gotowe nas wspierać. Czujemy ich gotowość do tego, żeby pomagać naszym podopiecznym. Czasem jest to coś banalnego, jak choćby wtedy, gdy przychodzi stolarz i mówi, że pieniędzy nie ma, ale może zrobić parę szafek. Inny z kolei posiada balon i oferuje darmowe nim przeloty. Dla dzieci to prawdziwa atrakcja. Bracia Golcowie sami wyszli z inicjatywą, żeby oprócz darmowych koncertów spotykać się jeszcze z podopiecznymi Hospicjum, pobyć z nimi. Podobnie Magda Różczka, Staszek Soyka…

Taka długofalowa współpraca nie może się chyba obejść bez zaufania?

Jasne, i tu też mam tę satysfakcję, że z jednej strony mamy współpracę między biznesem a organizacją pożytku publicznego czy każdym innym podmiotem, który świadczy opiekę, w naszym przypadku nad dziećmi umierającymi, ale z drugiej tworzą się też więzi przyjaźni, koleżeństwa, trochę taki rodzinny klimat, gdzie możemy sobie w pełni zaufać i porozmawiać niekiedy nawet na tematy, które mają bardziej osobisty charakter. Od jednego z biznesmenów usłyszałem: „Proszę Ojca, ja dziennie mam parędziesiąt próśb o to, żeby wesprzeć jakąś inicjatywę, żeby pomóc. Natomiast was znam i wiem, że robicie to dobrze. Z tej więzi niech się zrodzi coś fajnego”. Wiadomo, biznes angażuje się w wiele akcji po to, żeby mieć zysk, częścią tych wypracowanych profitów dzieli się z naszym Hospicjum, ale to, co jest prawdziwą wartością w takich kontaktach, to… człowiek. Nie prezes, nie dyrektor czy menadżer, tylko właśnie człowiek, który w pewnym momencie swojego życia spotyka się z innym, potrzebującym wsparcia. Okazuje się, że niezależnie czy to lekarz, ksiądz, prawnik czy biznesmen z tej czy innej branży, wspólnie możemy się – przepraszam za kolokwializm – zakolegować i jako ludzie, którzy dobrze się ze sobą czują, lubią się, przyjaźnią, możemy dołożyć cegiełkę do dzieła pod tytułem „opieka nad chorymi dziećmi”.

Można się stać przez to lepszym?

Bez wątpienia, a jednocześnie można wyzbyć się tego, co często onieśmiela przed takim funkcjonowaniem w roli społecznej, czyli sztywności, paraliżu decyzyjnego. Na poziomie oficjalnych relacji, niekiedy pozbawionym się jest czegoś ludzkiego, ciepłego, serdecznego, jednym słowem bliskiego. To „dalsze” znamy z bankietów, gdzie hierarchię ustalają kryteria dochodowe, ubiór itp., a u nas milioner może usiąść i porozmawiać z kimś, komu do tego miliona sporo brakuje, a mimo to są w stanie zakolegować się właśnie ze względu na dobro, które wspólnie generują.

To tylko pokazuje, że warto pomagać…

W jednym ze swoich listów św. Paweł napisał: „Więcej radości z dawania, aniżeli w braniu”. Tłumaczymy to ludziom biznesu, którzy chcą do nas przyjechać.Mam świadomość, że godzina pracy takich ludzi jest bardzo cenna. Tymczasem przychodzi przedsiębiorca, który jest naszym wolontariuszem, i przez trzy godziny przebywa na oddziale stacjonarnym, realizując w ten sposób swoją potrzebę pomocy. Pamiętajmy, że dzieci też mają swoje potrzeby, a wśród najważniejszych jest ta związana z bliskością, poświęceniem czasu, uwagi. Te potrzeby – dziecka i biznesmena – spotykają się w naszym Hospicjum. Wsparcie nie musi więc polegać jedynie na dawaniu pieniędzy, ale też na wchodzeniu w pewną interakcję z samym pacjentem, spełnianiu jego marzeń. Tak też można uszczęśliwić.

Pamięta Ojciec taką sytuację?

Owszem, nie działo się to wprawdzie w Polsce, lecz w Londynie. Jeden ze znajomych biznesmenów zaskoczył mnie pewnego razu, mówiąc: „Skoro twój podopieczny chce pojeździć sobie czerwonym ferrari, a ja mam takich kilka, to mogę spełnić jego życzenie”. W pierwszej chwili nie wiedziałem jak zareagować, w końcu może to być utrudnienie w organizacji dnia, trzeba to odpowiednio logistycznie przeprowadzić… On na to: „Wiesz, to nieistotne szczegóły. Jeśli mogę zrealizować marzenie nastolatka, który cierpi na zanik mięśni, ale można go odpowiednio zabezpieczyć, żeby mógł w tym ferrari sobie pojeździć i poczuć się niczym kierowca Formuły 1, to ma to dla mnie wartość bezcenną”. A więc nie tylko środki finansowe, nie tylko bycie przy pacjencie, ale jeszcze spełnianie marzeń. To już nie jest anonimowy podopieczny, na którego leczenie daje się pieniądze, ale jest to po prostu Janek, który chce pojeździć sobie czerwonym ferrari.

Jednym słowem, biznes i pomnażanie pieniędzy są w porządku, ale gdy stoi też za tym jakiś szczytny cel?

Tak, bo to nadaje pewien sens i wartość wszystkiemu, co robimy. Pamiętam, jak prezes jednej z dużych firm reklamowych, która kręciła dla nas 30-sekundowy film na rzecz kampanii promującej 1%, powiedział mi: „Robię akcje promocyjne dla wielu dużych koncernów i mam z tego całkiem dobre pieniądze, ale pomyślałem sobie, że pieniądze to jedno, ale o wiele cenniejsze jest to, że reklamówkę wartą paręset tysięcy mogę zrobić za darmo. Wtedy naprawdę czuję się człowiekiem, który z serca chce pomagać”. Dostrzegam wielką wartość w takim celu. Dla zwykłego człowieka sytuacja, w której ktoś chce zainwestować swój 1%, przekazując 100 tysięcy, ma wyjątkowy wymiar. To jest właśnie ten rodzaj człowieczeństwa w biznesie: „daję coś z siebie jako człowiek”.

Odnoszę wrażenie, że przez takie pomaganie, człowiek staje się na nowo…

Przecież o czystą relację tu chodzi. A czysta relacja polega nie na tym, że kogoś się kupuje, czy pozyskuje na zasadzie zależności finansowej, materialnej bądź hierarchii społecznej, tylko staje się jednym z szeregu. Nieraz doświadczam sytuacji, że spotkanie z chorym zmienia trajektorię patrzenia na świat, system wartości. Wtedy pojawia się pytanie o filary, cele, wartości, które przyświecają nam w życiu i nagle okazuje się, że jedni drugich potrzebują. My – kogoś, a ten ktoś – nas. Warto więc pomagać.

Dziękuję za rozmowę.